Boję się stagflacji – wywiad dla magazynu Kaleidoscope
Na palcach nosi karty płatnicze, cytuje profesorów ekonomii i z taką samą swobodą opowiada o sztuce, podróżach i zagrożeniach dla światowej gospodarki. Rozmowa z Cezarym Stypułkowskim, prezesem Banku Pekao S.A., m.in. o stanie portfeli Polaków.
Ależ z Pana elegant. Niemal na każdym palcu świeci inna obrączka.
Tak, jestem fully wired (śmiech). Ta czarna to karta kredytowa, którą mogę płacić na całym świecie w kilka sekund, szara to też wodoodporna karta płatnicza. A na drugiej ręce mam kolejną kartę kredytową – ta jednak jest połączona z mechanizmem, który mierzy mi wiele funkcji życiowych.
Widzę, że stały się kolejnym Pana znakiem rozpoznawczym – obok koszulki polo. Przed chwilą usłyszałam na korytarzu, że sam George Clooney, który był niedawno w Polsce, nosząc polówki, wzoruje się właśnie na Panu…
Nie wiem, jak odpowiedzieć, miło słyszeć, że ma się takiego naśladowcę (śmiech). Ja ten sznyt z kolei przyjąłem za wybitnym amerykańskim ekonomistą prof. Frederikiem Mishkinem, z którym w ramach stypendium Fulbrighta miałem zajęcia na Columbia University School of Business w końcu lat 80. Mishkin przychodził na wykłady w koszulce polo, za każdym razem innego koloru. One wprowadzały luz i lekkość, mimo że wykładał teorie monetarne – profesor jest autorem m.in. jednej z najpopularniejszych na świecie książek akademickich z tego zakresu: The Economics of Money, Banking, and Financial Markets. I od tamtego czasu, czyli lat 90., nie rozstaję się z polówkami, mam ich sporo i na co dzień w nich chodzę.
Wracając do obrączek płatniczych, są bardzo wygodne, zwłaszcza w drodze, a jak wynika z badań, Polacy coraz więcej podróżują i inwestują w odkrywanie nowych destynacji. Co to oznacza dla banków?
To świetna prognoza i sygnał, że podstawowe potrzeby, takie jak: mieszkanie, jedzenie, wykształcenie, opieka medyczną, są względnie zaspokojone. I jesteśmy w stanie pozwolić sobie na ekstra wydatki. To też istotny wskaźnik, że ludziom żyje się po prostu lepiej i osiągają wyższy poziom dochodów.
Co z kolei oczywiście przekłada się na ilość pieniędzy, które lądują w bankach. Weźmy dla przykładu chociażby 2010 r. – wtedy relacja kredytów do depozytów w Polsce wynosiła ok. 100 proc. Dzisiaj ta relacja jest w granicach 60–65 proc. Co to znaczy? Że ludzie mają mniej kredytów niż złożonych pieniędzy, czyli jako społeczeństwo się bogacimy. By tę dynamikę dochodów lepiej zobrazować, znów posłużę się danymi – otóż, kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, czyli w 2004 r., wartość aktywów finansowych polskich gospodarstw domowych wynosiła ok. 400 mld zł. Dziś to ponad 2 bln zł. Depozyty gospodarstw domowych wynosiły nieco ponad 200 mld zł (dokładnie 210 mld zł), dziś to 1,5 bln zł – ponad 7-krotnie więcej. Przy okazji warto wspomnieć, że współczynnik Giniego, czyli wskaźnik dochodowych nierówności społecznych, od 20 lat w Polsce spada i to o prawie jedną trzecią, co oznacza, że różnice dochodowe w Polsce maleją. Warto pamiętać, że nasz kraj jest w tym szczęśliwym położeniu, że przez ostatnie 30 lat nie wpadliśmy w recesję. Mieliśmy wprawdzie dwa momenty, kiedy zbliżyliśmy się do zerowego wzrostu – w końcówce lat 90. i w okresie pandemii. Ale to nie zachwiało w znaczący sposób naszej gospodarki.
Czyli to dla banków złote czasy, ale przy okazji chyba wyżej zawieszona poprzeczka?
Banki żyją, kiedy klienci mają pieniądze. Ale to też oznacza, że musimy stawać do wyścigu o klientów. Starać się na tyle atrakcyjnie inwestować ich aktywa, żeby chcieli z nami zostać i powierzali nam więcej swoich pieniędzy. Zatem odpowiedzialność takich ludzi jak ja nie polega dziś jedynie na tym, żeby umiejętnie udzielić kredytu. Naszym głównym zadaniem jest sprawić, by depozyty wróciły do tych, którzy nam zaufali.
Cała rozmowa do przeczytania w lipcowym numerze magazynu Kaleidoscope i online na
https://www.lot.com/pl/pl/odkrywaj/inspiracje/magazyn-pokladowy-kaleidoscope